Na początek prolog. Miłej lektury!
Był 16 lipca 2009 roku. W wiosce Hisane od jakiegoś czasu panowała tajemnicza choroba. Nawet najlepsi lekarze z całego kraju nie potrafili stwierdzić, co było jej źródłem. Według mieszkańców wioski była ona spowodowana siłami nadprzyrodzonymi - odprawiano różnego rodzaju rytuały, mające na celu pomóc biednym Japończykom. Niestety wszelkie próby pozbycia się epidemii okazały się bezskuteczne.
Zaraza zabijała ludzi regularnie - dokładnie jedną osobę na miesiąc. Zaskakujące było to, że dotykała ona tylko młodych mężczyzn, dlatego pozostało ich w miasteczku niewiele - część po prostu zmarła, a część wyjechała, by uniknąć choroby.
Tego dnia miało miejsce coś, co się dotąd nie wydarzyło - zmarł drugi nastolatek w tym samym miesiącu. Jego zgon był taki, jak wszystkie przed nim - niewyjaśniony. W końcu stwierdzono, że przyczyną śmierci musiała być tajemnicza zaraza. Odejście chłopaka wprowadziło do miasteczka jeszcze większy niepokój.
***
Mira leżąc na leśnej polanie wpatrywał się w denerwująco jasne niebo, przymykając ciężkie powieki. Nie cierpiał tej pory roku - zawsze świeci słońce, a rzadko pada jego ulubiony deszcz. Był do niego trochę podobny - ponury, a życie widział w szarych barwach. Nie żeby mu to jakoś przeszkadzało, w końcu prowadził je tak z własnego wyboru. W lecie również dni są najdłuższe z całego roku, a słońce świeci praktycznie bezustannie. Nienawidził tego sezonu. O wiele bardziej wolał jesień - chłodne powietrze, częstę opady, znacznie krótsze dni.
Z westchnieniem zamknął zmęczone po nieprzespanej nocy oczy, chroniąc je przed jasnymi promieniami letniego słońca i znów próbował zasnąć, w nadziei, że nie nawiedzi go żaden sen. Wiatr powiewał jego kruczoczarnymi włosami, a on nieświadomie podrążał się w głębokim śnie, który wkrótce znów okaże się codziennym koszmarem. Wiedział, że również i tym razem ciężko mu będzie się obudzić.
***
Znajdował się w starym, bogato zdobionym domu. Blade światło z wiszącego pod sufitem żyrandola mrugało co chwilę, jakby zaraz miało zgasnąć. Dobrze wiedział, co to za miejsce - znał je aż za dobrze. Od pamiętnego dnia sprzed dziesięciu lat, codziennie odwiedzał je we śnie. Nie był to miły sen, a najgorszy koszmar, nawiedzający go nieustannie każdej nocy. Doskonale wiedział, co się zaraz wydarzy, więc próbował jak najszybciej się obudzić, jak to zwykle robił. Niestety tym razem nie mógł tego zrobić.
Od dekady, co noc, z trudem wybudzał się z niego, byleby nie widzieć tego po raz kolejny. To przez to niewiele sypiał, zawsze był zmęczony i miał ciemne podkówki pod oczami - ale teraz, po raz pierwszy od kilku lat, dalej oglądał dawne wspomnienie. By zapobiec obejrzeniu jego finału, postanowił jak najszybciej opuścić to miejsce.
Ruszył w stronę jedynych drzwi, jaike tu były. Znajdowały się one na końcu długiego korytarza, który oświetlało gasnące co chwilę, blade światło. Czasami w snach jest tak, że biegniesz ile sił, ale wyjście wcale nie wydaje się być bliżej. Tak było i tym razem. Gdy szedł w ich stronę, miał wrażenie, że wyjście zamiast się przybliżać, coraz bardziej się oddala. Zniecierpliwiony przyspieszył, aż w końcu zaczął biec - bez skutku. Drzwi uparcie znajdowały się daleko od niego, a może nawet dalej niż na początku. Nie pozwalały mu na ucieczkę.
Po raz pierwszy miała miejsce taka sytuacja. Wiedział, że to się nie dzieje naprawdę, że ma to już za sobą, lecz mimo to, jego serce waliło, jakby to wszystko nawiedzało go na nowo. Przystanął na chwilę i rozejrzał się. Desperacko szukał jakiegoś innego wyjścia, chociaż wiedział, że to na nic. Musiał jak najszybciej stąd wyjść. Musiał, bo wiedział, że za chwilę usłyszy...
Krzyk.
Stłumiony kobiecy krzyk, a następnie gardłowy wrzask mężczyzny. Był to odgłos nie wróżący niczego dobrego, przypominał mu o tym, czym był spowodowany. Łzy stanęły mu w oczach, gdy znów usłyszał mrożący krew w żyłach odgłos. Zatykając uszy ruszył w stronę uchylonego okna, które niewiadomo skąd się tam pojawiło. Wiedział, że jeśli się zabije to sen powinien się skończyć. Nigdy tak nie zakończył tego koszmaru, ale miał nadzieję, że mu się to uda.
Niestety nie było mu to dane. Światło zgasło całkowicie.
Nagle, z nikąd, przed oknem pojawił się wysoki mężczyzna, zagradzając mu drogę. Było dosyć ciemno, lecz dzięki srebrnej poświacie rzucanej przez księżyc, jakimś cudem był w stanie dojrzeć u niego krótkie włosy, o kolorze znienawidzonego przez niego letniego błękitu. Zszokowany chłopak zatrzymał się i popatrzył na intruza z szeroko otawrtymi oczami. Po raz pierwszy spotkał go w swoim śnie i nie miał pojęcia, kim on może być. Wpatrywał się w nieznajomego jak zahipnotyzowany, lecz po chwili zdołał otrząsnąć się z szoku i nie zastanawiając się, próbował zawrócić - przecież musiał stąd uciec.
Już miał się wycofać, Już stawiał krok do tyłu, lecz zatrzymał go widok czegoś, co znajdowało się u stóp mężczyzny. W pierwszej chwili pomyślał, że to jakaś kuipka brudnych, starych ubrań.
nagle coś się w tej stercie poruszyło. Chłopak wzdrygnął się i przyjrzał się bardziej. W ciemności był w stanie zobaczyć coś na kształt szczupłej, bladej ręki zaciśniętej w pięść. Była cała we krwi, lecz Mira mógł dojrzeć, że coś ta dłoń trzyma. Wahając się, przełknął ślinę i w końcu podszedł do niej. Uklęknął, by przyjrzeć się jej bliżej. W głębi duszy doskonale wiedział, do kogo ona należy, ale do końca nie dopuszczał do siebie tej myśli.
Trzęsąc się, podniósł powoli rękę i sięgnął do zabarwionej na bordowo części ciała. Na palcu widniał cienki pierścionek z małym, granatowym oczkiem. Chłopak zamknął oczy, powstrzymując w ten sposób napływające do nich łzy przed wolnym spłynięciem po policzkach. Rozłożył ściśniętą dłoń i z trudem wyciągnął z niej wisiorek - stalowo-czarny łańcuszek, którego zdobiła zawieszka z czarną różą, bronioną przez kolczatą łodygę. Naszyjnik jego matki.
Zaciskając wargi, podniósł się z podłogi i spojrzał na nieznajomego wrogo. Nie miał pojęcia, dlaczego pojawił się w dzisiejszym śnie, skoro przez dziesięć lat scenariusz koszmaru był niezmienny. Jednak w głębi serca podejrzewał, czemu tak jest. Czyżby wreszcie poznał sprawcę zdarzenia sprzed dekady? Wydarzenia, które wypaliło dziurę w jego sercu i zmieniło jego niegdyś pełne szczęścia życie w szarą, znienawidzoną przez niego egzystencję. Wydarzenia, którego nie był w stanie zapomnieć.
Chłopak już otwierał usta, by się odezwać, lecz kiedy napotkał hipnotyzujące spojrzenie niebieskich oczu, wpatrujących się w niego przenikliwie, nie był w stanie poruszyć się nawet o milimetr. Stał jak sparaliżowany, bez żadnej możliwości ucieczki. Błękitne ślepia nie spuszczały z niego wzroku, a na ustach tkwił drwiący uśmiech.
Mira mógł tylko patrzeć, jak mężczyzna podchodzi i zaczyna bawić się jego rozpuszczonymi włosami. Jak je odsuwa, odsłaniając bladą szyję chłopaka i gładzi ją przez chwilę lodowatą dłonią. Poczuł dreszcze, gdy nieznajomy pochylił się nad nią, uchylając lekko usta i drażniąc chłodnym oddechem. Czuł, jak delikatnie ją liże, aż w końcu wbija w nią coś ostrego. Nie mógł zrozumieć, co się w tej chwili dzieje.
W miarę, gdy wypływała z niego gorąca krew, jego powieki stawały się coraz cięższe, aż w końcu opadły całkowicie.
To na razie tyle. Postaram się wrzucić kolejną notkę jak najszybciej. Komentujcie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz